Nie wiedziałam, że Afryka tak bardzo mnie zmieni…

Mój pierwszy wyjazd do Afryki…

Mnóstwo niewiadomych. Obawy, niepewność i myśli, które niejednego człowieka mogłyby zawrócić z tej drogi, zanim jeszcze zdążyłby w nią wyruszyć.

Co więc sprawiło, że ostatecznie zdecydowałam się polecieć?

Chyba ciekawość. I to mocniejsze bicie serca za każdym razem, gdy myślałam o Afryce. Było we mnie coś, czego nie potrafiłam do końca nazwać ani racjonalnie wytłumaczyć. Coś, co mimo wszystkich obaw nie pozwalało mi zrezygnować.

Jestem osobą wierzącą i myślę, że nie jest to tutaj bez znaczenia. Gdzieś głęboko w sercu czułam, że Bóg mnie tam prowadzi. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale miałam w sobie niezwykle silne przekonanie, że właśnie tam jest moje miejsce. Przynajmniej na ten moment.

Nie wiedziałam jednak, dlaczego. Nie wiedziałam, co mnie tam czeka. A już na pewno nie wiedziałam, jak bardzo ta podróż mnie zmieni.

  • • •

Po przybyciu na miejsce moje zaskoczenie było jeszcze większe. Właściwie wszystko było inne. Wszystko przyciągało uwagę, budziło ciekawość, czasem zdumienie.

Życie ulicy, jego niezwykłe tempo, zapachy, dźwięki, rozmowy. Wszędzie ludzie, ruch, kolory. Mieszanka właściwie wszystkiego po trochu. Zapachów przygotowywanego jedzenia, ulicznego gwaru, codziennych zajęć i tej niezwykłej różnorodności, której nie sposób ogarnąć jednym spojrzeniem.

Najpierw Kampala. Głośna, intensywna, pełna kontrastów. Miasto, które zdawało się żyć własnym rytmem i ani na chwilę nie zwalniać.

A później Kaihura.

  • • •

Kaihura. Niewielka wioska położona około 250 kilometrów na zachód od Kampali.

Tutaj życie płynie własnym rytmem. Zupełnie innym niż w tętniącej życiem stolicy. Nie ma tego nieustannego pośpiechu, ulicznego zgiełku i chaosu, który jeszcze niedawno otaczał mnie w Kampali.

Tutaj wszystko wydaje się dziać wolniej. Jakby czas miał zupełnie inne znaczenie.

Była tu przestrzeń. I był czas. Czas na spotkania z ludźmi, na rozmowy, na poznawanie ich codzienności. Na zaglądanie do domów, poznawanie rodzin, ich radości, trosk i problemów.

Powoli zaczynałam dostrzegać coś więcej niż tylko otaczający mnie świat. Zaczynałam poznawać ludzi i ich historie. Nie przez pryzmat tego, co mają lub czego im brakuje, ale przez to, kim są.

  • • •

Prawdą jest, że wielu ludzi żyje tam bardzo skromnie, niektórzy wręcz w skrajnym ubóstwie. Trudności codziennego życia są realne i nie sposób ich nie zauważyć.

A jednak coś nieustannie mnie zaskakiwało.

Otwartość ludzi. Ich serdeczność. Uśmiech, którym tak często mnie obdarowywali, gotowość do rozmowy, do wspólnego spędzenia choćby kilku chwil. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że pomimo tylu codziennych trosk potrafią cieszyć się rzeczami, które nam umykają gdzieś w pośpiechu.

Nie oznacza to, że ich życie jest łatwe. Przeciwnie. Za wieloma uśmiechami kryją się historie pełne trudności, zmartwień i niepewności o jutro.

A jednak wśród ludzi, których spotykałam, dostrzegałam coś niezwykle cennego. Prostą, szczerą radość z życia. Taką, która nie zawsze potrzebuje wielkich powodów, żeby się pojawić.

A przecież mają się z czym zmagać.

Znalezienie pracy, która pozwoli utrzymać rodzinę, bywa niezwykle trudne. Rodziny często są liczne, a potrzeby ogromne. Edukacja, choć tak ważna dla przyszłości dzieci, również wiąże się z wydatkami, na które wielu rodziców zwyczajnie nie stać. Opłaty szkolne, mundurki, zeszyty, przybory… To, co dla nas bywa oczywistym elementem dzieciństwa, tam potrafi stać się poważnym wyzwaniem.

Codzienność to często poszukiwanie odpowiedzi na bardzo podstawowe pytania. Jak utrzymać rodzinę? Jak zapewnić dzieciom wykształcenie? Co zrobić, gdy ktoś zachoruje?

Im więcej poznawałam ludzkich historii, tym wyraźniej rozumiałam, że za każdym uśmiechem może kryć się zupełnie inna rzeczywistość, niż ta, którą widać na pierwszy rzut oka.

  • • •

Obserwując życie mieszkańców Kaihury, poznając ich codzienność, radości i zmartwienia, coraz częściej zaczynałam zadawać sobie pytania, na które wcześniej nie szukałam odpowiedzi.

Co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze?

Od czego zależy poczucie sensu naszego istnienia? Czy od tego, ile posiadamy? Od bezpieczeństwa, wygody i dostatku?

Czym jest godność człowieka, któremu okoliczności odbierają możliwość decydowania o własnej przyszłości?

Dlaczego miejsce, w którym przychodzimy na świat, tak bardzo wpływa na nasze szanse, możliwości i całe dalsze życie? Dlaczego jedni rodzą się tam, gdzie niemal wszystko wydaje się w zasięgu ręki, a inni muszą walczyć o rzeczy najbardziej podstawowe?

Czy to sprawiedliwe?

I co właściwie oznaczają słowa: „Nie muszę się o nic martwić”? Czy kiedykolwiek zastanawiałam się, jak wielkim przywilejem jest móc je wypowiedzieć?

A przede wszystkim… czym jest szczęście?

Czy można mieć tak niewiele, a jednocześnie odnajdywać w codzienności tyle powodów do radości? I czy można mieć niemal wszystko, a wciąż czuć, że czegoś nam brakuje?

Te pytania zaczęły wracać do mnie coraz częściej. Niektóre towarzyszą mi do dziś.

  • • •

Tak wiele w naszym życiu zależy od okoliczności, na które nie mamy najmniejszego wpływu. Od miejsca, w którym przychodzimy na świat, od rodziny, w której się rodzimy, od możliwości, jakie otrzymujemy już na samym początku naszej drogi.

Świadomość tego potrafi zupełnie zmienić hierarchię wartości.

To, co wcześniej wydawało się tak ważne, status społeczny, wygoda, dostęp do dóbr materialnych, stopniowo traci na znaczeniu. Człowiek zaczyna mierzyć życie inną miarą. Inaczej patrzy na siebie, na własne potrzeby, ale przede wszystkim na drugiego człowieka.

Bo człowiek, którego określamy mianem „biednego”, nie jest przecież wyłącznie sumą swoich braków. To ktoś, kto ma marzenia, plany, poczucie humoru, własną mądrość i doświadczenia. Ktoś, kto kocha, martwi się, ma nadzieję i pragnie lepszej przyszłości. I kto, niezależnie od warunków, w jakich żyje, ma dokładnie taką samą godność jak każdy z nas.

Obserwując, z czym na co dzień zmagają się ludzie w Ugandzie, zaczęłam też inaczej patrzeć na własne trudności. Łatwiej było mi odróżnić prawdziwe problemy od tych, którym sama nadawałam zbyt wielkie znaczenie. Łatwiej zachować właściwe proporcje. Zrozumieć, że nie każda niedogodność jest dramatem, nie każda przeszkoda katastrofą, a wiele rzeczy, na które zwykliśmy narzekać, dla kogoś innego pozostaje nieosiągalnym marzeniem.

Zmienia się również sposób odbierania świata. Za informacjami o ubóstwie, kryzysach i nierównościach przestają kryć się jedynie liczby i statystyki. Zaczyna się dostrzegać konkretnych ludzi. Ich twarze, historie, rodziny i codzienne zmagania.

A kiedy już się to wszystko zobaczy, trudno wrócić do dawnej beztroski. Trudno podejmować decyzje z taką samą bezrefleksyjnością jak wcześniej. Trudno nie zastanawiać się nad konsekwencjami własnych wyborów, nad tym, co naprawdę jest potrzebne, a co jest jedynie kolejnym pragnieniem.

I choć czasem tęsknię za prostotą dawnego spojrzenia na świat, wiem, że nie chciałabym do niego wrócić.

Bo jeśli podróż sprawia, że stajemy się bardziej uważni na drugiego człowieka, bardziej świadomi własnych przywilejów i bardziej odpowiedzialni za swoje wybory, to znaczy, że pozostawiła w nas coś naprawdę ważnego.

To dobry znak. Oznacza, że doświadczenie zadziałało.

  • • •

Staram się być uważniejsza.

Uważniejsza na drugiego człowieka. Na jego potrzeby, problemy, na to, co mówi, ale też na to, czego czasem nie potrafi wypowiedzieć.

Taki przecież był Jezus. Uważny na człowieka. Po prostu.

Coraz częściej łapię się na tym, że inaczej podchodzę do codziennych spraw. Do zakupów, własnych potrzeb, problemów, które kiedyś wydawały mi się tak istotne. Kiedy coś mnie irytuje, próbuję zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytanie: czy naprawdę jest to warte mojej uwagi? Czy za kilka dni, tygodni, miesięcy nadal będzie miało znaczenie?

Uczę się patrzeć na życie z większym dystansem, ale na ludzi z większą uważnością.

Bo każdy człowiek jest wart uwagi. Każdy zasługuje na zainteresowanie, szacunek i godne traktowanie. Nikt nie powinien zostać pominięty tylko dlatego, że urodził się w innym miejscu na świecie, w innych warunkach, z mniejszymi możliwościami.

I właśnie ta świadomość mobilizuje mnie do działania.

W Ugandzie spotykam ludzi, którzy mają swoje marzenia, troski, rodziny i nadzieje. Ludzi, którzy tak samo jak my potrzebują bliskości, miłości, poczucia bezpieczeństwa i świadomości, że nie są sami ze swoimi problemami.

Wiem, że nie jestem w stanie pomóc całej Afryce. Nie jestem nawet w stanie pomóc wszystkim potrzebującym w Ugandzie.

Ale czy to oznacza, że nie warto próbować?

Chcę pomagać tym, których spotykam na swojej drodze. Na tyle, na ile potrafię i na ile pozwalają mi możliwości. Czasem będzie to konkretna pomoc, czasem rozmowa, obecność, zainteresowanie czy zwyczajne wysłuchanie czyjejś historii.

Nie chcę być tylko kimś, kto przyjeżdża, pomaga i wyjeżdża.

Chcę być częścią ich świata.

Nie po to, by go zmieniać według własnych wyobrażeń, ale by poznawać, rozumieć i, jeśli tylko mogę, uczynić czyjąś codzienność choć odrobinę łatwiejszą.

Nie wiedziałam, po co Bóg prowadzi mnie do Afryki. Dziś zaczynam rozumieć, że być może nie chodziło tylko o to, co ja mogę dać innym. Ale również o to, czego oni mogą nauczyć mnie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *